Myśli, słowa i okruchy codzienności – prosto z mojego notesu.
Ten rok jest dla mnie dość „dziwny” – to czas mojego oficjalnego debiutu. Oficjalnego, bo po raz pierwszy można wziąć do ręki fizyczne, pachnące drukiem egzemplarze moich książek. Na razie dwóch („Wiersze dla dzieci” oraz „I padał śnieg w Wigilii noc”). Kolejne jeszcze muszą poczekać. Ja też.
Kiedy zaczęłam pisać tak „na poważnie”? Sama nie wiem, dokładnej daty nie pamiętam. To było gdzieś między 2005 a 2010 rokiem. Mój pierwszy tekst, będący długim opowiadaniem czy może krótką powieścią, ostatecznie wylądował w koszu. W tym komputerowym, bo zaczęłam pisać w czasie, gdy to pomocne urządzenie już posiadałam.
Potem były kolejne opowiadania. Niemało z tych tekstów również skończyło w koszu ;), ale w końcu powoli zaczęło się we mnie kształtować zrozumienie, co chcę tworzyć i jak. Bo dla mnie bardzo duże znaczenie ma nie tylko to, jak autor pisze, ale również o czym. Jaką historię chce opowiedzieć. W tej przysłowiowej szufladzie – nie pięknej, drewnianej komody, a cyfrowej, pełnej konkretnych folderów – moje teksty przeleżały... hmm... patrząc na aktualną datę w kalendarzu, to raczej długo ;).
Nie wspomniałam o wierszach dla dzieci, ale to odrębna historia. Daty powstania pierwszego wiersza również nie pamiętam. Były tworzone, mówiąc trochę z przymrużeniem oka, w tak zwanym międzyczasie. Między jedną myślą a drugą, między pracą a pisaniem opowiadań i w różnych innych „między”. Wrzucałam je do komputerowych plików i folderów przez kilkanaście lat. W tamtym roku, to znaczy w 2025, doszłam do wniosku, że „coś z nimi trzeba zrobić”. Zostały poddane głębokiej analizie i przesiane przez sitko mojego niezadowolenia. No, trochę ich jednak zostało – 45. I to właśnie z nich powstała moja pierwsza (wydana) książka – „Wiersze dla dzieci”.
Zmieniając nieco temat, nachodzą mnie jeszcze małe przemyślenia pisarsko-techniczne. Współczesność tak bardzo przyzwyczaiła nas do klawiatury, że patrząc dzisiaj na tekst starannie napisany ręcznie (tak, ręcznie!), czuję czasami do niego sentyment. Jakby niósł ze sobą zapach czegoś dobrego, minionego. Sama nie wiem, czy to ja jestem już taka stara, czy to świat tak szaleńczo popędził do przodu. To, co jeszcze trzydzieści-czterdzieści lat temu było absolutnym standardem, dzisiaj staje się nostalgiczną podróżą w przeszłość, powrotem do epoki dzieciństwa.
Przynajmniej ja to tak czuję. A Ty?